ammannka blog

Twój nowy blog

Ja: Kochani rodzice, jestem w ciąży! Będą to zapewne pięcioraczki, w tym para syjamskich bliźniąt. Ich ojcem jest Chińczyk, którego rodzice pochodzą z Rosji i Zimbabwe. Chcemy razem wyjechać do Kenii. Albo na Antarktydę, nie zdecydowaliśmy jeszcze. Będziemy mieszkać w namiocie i jeść konserwy. Być może założymy gospodarstwo agroturystyczne, będziemy hodować słonie i smoki, kury i kaczki. I chomiki. Będziemy krzyżować jamniki z królikami i może dostaniemy za to Nobla. Będzie fajnie, zobaczycie. Ślub jest jutro o dwunastej, przy bramie wejściowej na Stadion Dziesięciolecia.
Ktoś: Dobrze. Włącz telewizor, zaraz Wiadomości.
Czasem mam takie niejasne wrażenie, że nikt mnie nie słucha.

Po raz kolejny. Nie wchodzi się co prawda dwa razy do tej samej rzeki, ale Heraklit dodał później, że tylko dlatego, że woda jest już inna i po prostu nie da rady. Tak więc przedstawiając po raz kolejny myśli nieuczesane nie powtarzam się aż tak bardzo, bo są one inne. A na dodatek włosy mam teraz tak krótkie, że związać ich nie sposób i wyglądają jak zaniedbane bocianie gniazdo. Innymi słowy – nieuczesane. Więc jeśliby słowo „myśli” wykreślić, to nie odbiegałabym nawet aż tak dużo od prawdy.
Myśl pierwsza narodziła się wczorajszego wieczora podczas prawie-rozmowy z białowłosym chłopcem w rajtuzach, który rzadko się uśmiecha. Jest jednak nazbyt melancholijna i nie pasuje do ogólnego klimatu myśli nieuczesanych, które same w sobie są (muszą być) radosne i swawolne, a ponadto nie powinny zmuszać do głębszych przemyśleń, szczególnie że pogoda zachęca na razie jedynie do spacerów i leżenia pod drzewem (tylko w Łazienkach trzeba uważać na straż miejską na rowerach), a nie do pesymistycznych rozmyślań co do dwoistej natury tajemniczości, która może się okazać jedynie samotnością. Tak więc myśl pierwszą anulujemy.
Myśl druga jest jak najbardziej lekka, łatwa i przyjemna, ponieważ stanowi radę dla dziewcząt, które cierpią z powodu zbyt małego (ich zdaniem) zainteresowania ze strony płci przeciwnej, a dziwnie się czują w szpilkach, kusej spódniczce i dekolcie takim, że bluzka ogranicza się do jednego sznureczka (w dodatku niezbyt szerokiego). Sprawa jest prosta – należy zaopatrzyć się w koszulkę piłkarską. Pełne fascynacji męskie spojrzenia gwarantowane. Przy czym ostrzegam, że sposób wypróbowany został jedynie na reprezentacyjnej koszulce Fabio Cannavaro. Jak to jednak stwierdził M. na jej widok: „Już nic więcej mi nie potrzeba”. I nie mam zamiaru dociekać, czy podobała mu się koszulka, czy ja w nią ubrana. Ale nieważne. Liczy się ten błysk w oku.
Myśl trzecia jest właściwie jedynie pełnym radości westchnieniem przy spojrzeniu w kalendarz. A przedstawia się on tak:
26.08 – Zakopane, LGP w skokach narciarskich
30.08 – Warszawa, Międzynarodowy Mityng Lekkoatletyczny Pedros Cup
02.09 – Bydgoszcz, eliminacje ME: Polska-Finlandia
04.09 – Warszawa, start honorowy Tour de Pologne.
Czy czegoś może mi brakować?
Odpowiedź brzmi: tak. W sklepie znowu nie mają żelek Haribo. No i znowu mi się nie chce kombinować w HTMLu, więc podstrony niezajączkowe. Trudno. Wakacje w końcu mam.

Że wszystko się kończy. To, że życie się kończy, nie znaczy, że wraz z nim kończy się wszystko inne. Bo jeśli kochasz w chwili, w której wydajesz z siebie ostatnie tchnienie, to zabierasz swoją miłość ze sobą. I jest Ci przewodnikiem po raju, pocieszycielem w czyśćcu lub ciężarem w piekle. A jeśli zdarzy się, że spotkasz się z samym Bogiem, który niczym kochający ojciec weźmie Cię za rękę i zapyta, czym jest dla Ciebie szczęście, bo raj to wieczne szczęście przecież, odpowiesz, że to miłość. I wtedy przyprowadzi go do Ciebie, choćby z najodleglejszych zakątków piekła. I już na zawsze razem. W niepojętej wieczności.
Jakie to proste, prawda?

- To bez sensu…
- Wszystko ma sens, choć czasem trudno go znaleźć.
- Nieprawda! A bezsens?
- Bezsens też ma sens. Gdyby go nie było, nie byłoby sensu. Tak jak bez zła nie istniałoby dobro.
- Ale skoro bezsens ma sens, przestaje być bezsensem…
- A skoro nie ma bezsensu, to nie ma i sensu…
- Czyli jednak to wszystko jest bez sensu.
Trudno się z tym nie zgodzić. Z rozpaczy zacznę się chyba za chwilę śmiać.

Według Słownika Języka Polskiego PWN to głębokie przywiązanie do kogoś lub czegoś, umiłowanie, kochanie kogoś, czegoś; gorące, namiętne uczucie do osoby płci odmiennej.
Według Rainera Marii Rithego to dwie samotności, które spotykają się i wzajem wspierają.
Według Dante Alighieriego to pragnienie dobra dla drugiej osoby.
Według Tadeusza Kotarbińskiego to dwie dusze w jednym ciele.
Według Olivera W. Holmesa to klucz, który otwiera bramy szczęścia.
I trudno właściwie rozstrzygnąć, który z nich ma rację. Może wszyscy, może żaden… Bo „miłość” to tylko słowo. Pięć liter nieudolnie próbujących oddać coś, czego opisać chyba się nie da.
Być może miłość to cowieczorne „dobranoc”. To tulenie jego pluszowej namiastki. To słodkie słowa i wyszukane komplementy płynące ze szczerego serca. To gwałtowne kłótnie, po których nie pada „przepraszam”, bo i tak nikt się nie gniewa. To cudny śmiech do słuchawki, za którym tak mocno się tęskni. To całonocne rozmowy. To delikatne muśnięcie ustami, którego tak naprawdę nie ma. To wspólna pasja i wspólne marzenia. Wreszcie – codzienna modlitwa, by był szczęśliwy. Czy ze mną, czy beze mnie.
Bo Sigrid Undset powiedział, że szczęście w życiu nie polega na tym, żeby być kochanym. Największym szczęściem jest kochać.
(a jakby mi ktoś jeszcze powiedział, jak naprawić komentarze i całą resztę, to byłabym szczęśliwa podwójnie)

Poczułam się w obowiązku napisać cokolwiek, bo byłoby złamaniem wszelkich praw boskich pozostawienie cudów pobytu w Zakopanem bez słowa. Jako dziecko kultury obrazkowej nie jestem jednak w stanie ująć w słowa wszystkiego, co się stało tam na miejscu i co wciąż dzieje się w mojej głowie. Większość winy należy jednak zrzucić na babcię Asana, naczelną szamankę Ałma-Aty, która (zapewne z pomocą wnuczka – już my się porachujemy, mój drogi) sporządziła laleczkę voodoo i życzy mi wszystkiego najgorszego. I to dlatego popruła się flaga, misternie zszywana przez trzy godziny sobotniego poranka, kiedy to teoretycznie powinnam odsypiać całonocną przejażdżkę na trasie Warszawa (tfu?) – Zakopane. A flaga była fińsko-niemiecko-austriacko-norwesko-japońska, migająca tu i ówdzie na ekranie podczas transmisji nie tylko w Polsce. I muszę Wam powiedzieć, że zakup biało-czerwonego szalika nie był taki głupi, bo nie dość, że przyda się na nadchodzące eliminacje ME i inne tego typu imprezy, to jeszcze skutecznie chronił przed atakami kiboli, którzy po ujrzeniu orzełka nagle tracili z oczu błękitny krzyż. Z uśmiechem macham łapką do miłych panów, którzy uratowali mnie z lekko już nieprzytomnych od upojenia alkoholowego tłumów tratujących się, by dostać płaszcz przeciwdeszczowy Milki, przesadzili przez ogrodzenie i tym samym umożliwili podziwianie trzech Finów na trzech stopniach podium z sektora dla gości. I z soboty to tyle, ale jak wiadomo – „ale za to niedziela, ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas” . I niedziela była dla nas, bo i miejsca w sektorze C były nasze. Już na samym początku Tommi udowodnił, że nie bez powodu jest trenerem, za którym ciągnie się najdłuższy ogonek piszczących fanek i w odpowiedzi na grzeczną prośbę zapozował tak, że nawet Neumi, jakby nie patrzeć – profesjonalny model, czułby się zawstydzony. Potem – dopóki się dało – bunkrowałyśmy się na naszym stałym miejscu koło domków, słuchając o rzeczach typu zatički i wypady skakajców na stację benzynową BP (pozdrowienia dla pana ochroniarza) przerywanych od czasu do czasu przez niezbyt melodyjne „Happy birthday” i spazmatyczne okrzyki: „Oooooch, Martin się do mnie uśmiechnął!”. Potem, na trasie dół-góra-dół-góra-i-tak-dalej, udało się uchwycić między innymi Jaśka Mazocha gaworzącego po czesku i Krystiana Długopolskiego, który po twierdzącej odpowiedzi na pytanie o to, czy można zrobić mu zdjęcie, odwrócił się do nas plecami. W międzyczasie zdążyliśmy się jeszcze położyć parę razy na śniegu przy fińskim domku, próbując się domyślić, do kogo należą buty, który właśnie wychodzą. Kiedy ostatnie narty nagle się podniosły, sprintem (daję głowę, gdyby mierzyć czas, to byłabym lepsza od Asafy Powella) dotarłam pod wyciąg i podziwiałam uosobienie spokoju i pewności siebie krok za krokiem zmierzające w kierunku wyciągu mając przed oczyma jasny cel, od którego nie były go w stanie odciągnąć nawet okrzyki rozentuzjazmowanych kibiców. Nie uśmiechnął się i nie pomachał, jak to ponoć zrobił dzień wcześniej. Nie odwrócił nawet głowy. Nie wiedział, że tam byłam. Ale – jeśli mam być szczera – za to chyba muszę mu podziękować. Janne from the land of laughter… W każdym razie po obejrzeniu ostatniej piętnastki i wyrażeniu niezbyt euforycznej euforii udałyśmy się w kierunku dolnym ku najważniejszej (no, zaraz po naszej) fińskiej fladze i jej właścicielowi, który ma u mnie butelkę wódki, ale mu o tym nie mówcie, bo może uda mi się jakoś jednak z tego wywinąć. W każdym razie po przegadaniu niemalże całej drugiej serii, zaślinieniu (tylko przez niektórych) czekolady, dokonaniu tego nieszczęsnego zakładu, kilku sprzeczkach, wywalaniu języka i przegapieniu Happo, biało-niebieski osobnik wydzierał się i machał flagą, a my dzielnie (aczkolwiek bezgłośnie) go wspierałyśmy. Janne stwierdził zapewne, że zachowanie z dnia poprzedniego było zbyt ekstrawaganckie i przemknął koło nas szybko, z tą swoją cudną kamienną twarzą, a Matti – jakby wiedział, że gdybyśmy mogli, to byśmy go zatrzasnęli w toalecie i dali wygrać Tamiemu i Aho – pokiwał nam ręką. Mnie i tak nie przekonał. Po wymianie numerów (które okazały się potem bardzo przydatne), dwuosobowa, mniej fanatyczna część naszej trójki (czytaj: ja i Karo) ruszyła poleżeć jeszcze chwilę przy barierkach i pooglądać buty prosto z Finlandii. Na szczęście znalazły się tam również osobniki nieco bardziej śmiałe, które okrzykami ściągnęły do nas dwóch panów T. Tami jak zwykle wykazał anielską cierpliwość, zręcznie i kulturalnie zarazem odmawiając oddania akredytacji i plastronu (w domyśle były zapewne również narty, kombinezon, kask, rękawiczki, buty, gogle, skarpetki, kalesony – dalej domyślcie się sami), rozdając autografy i uśmiechając się wprost do mojego obiektywu, chociaż bezczelnie waliłam mu fleszem po oczach. Tommi rzucił w stronę wygłodniałych fanek sokolika (chyba należącego do Mattiego, więc jakoś zbytnio się nie pchałam – zresztą i tak bym go nie złapała, tak jak kiedyś kwiatków od Bobika), podpisał się na czym się tylko dało (na szczęście nikt nie chciał autografu na staniku – a może ktoś chciał, ale było za zimno), a po długiej chwili milczenia zdradził, o której Finiaki mają zamiar opuścić COS. Po kilku minutach spoglądania na zmierzające w różne strony buty Aho, Risto i Happo, opuściłyśmy w końcu jedno z najcudowniejszych miejsc na tym świecie. Kilka godzin później byliśmy już w drodze do domu. To naprawdę było tylko sześć dni temu?
Miało być kilka słów, a wyszedł epos, którego nikomu nie będzie chciało się czytać. No trudno. Przecież i tak nikt tu nie zagląda.
W każdym razie na koniec chciałabym dodać, że najgorsze marzenia to wcale nie te, które się nie spełnią, a te, w których spełnienie się nie wierzy. Dlatego – mimo wszystko – postanowiłam uwierzyć.

Ucieka wciąż, znika we mgle… A Ty je chcesz na własność mieć, chcesz zamknąć na klucz, przed światem schować, skryć – jak skarb swój, prywatny skarb… Niemożliwe. Bo szczęście to przelotny gość. Szczęście to piórko na dłoni, co zjawia się, gdy samo chce i gdy się za nim nie goni. Tym więcej chcesz, im więcej masz. Wymyślasz proch, chcesz sięgnąć gwiazd, lecz to nie to, nie – to nie tak. I ciągle czegoś nam brak do szczęścia, wciąż nam brak, tak zachłannie brak. Otwórz oczy… Szczęście to ta chwila, co trwa, niepewna swojej urody. To zieleń drzew, to dzieci śmiech, słońca zachody i wschody. Więc nie patrz w dal, bo szczęście jest tuż obok nas – w zwyczajnym dniu, w zapachu domu, wśród chmur, w ciszy traw. Jest blisko nas, blisko tak, blisko tak… Bo szczęście to przelotny gość, przebłysk słonecznej pogody. I dużo wie, kto pojął, że szczęście to garść pełna wody. Szczęście to ta chwila, co trwa, szczęście to piórko na dłoni, co zjawia się, gdy samo chce i gdy się za nim nie goni.
Znalazłam?

Bezsensowne…

7 komentarzy

…jest dodawanie notki niemalże dzień po dniu, ja to wiem. Ale po prostu już nie mam siły. Dopiero do udało mi się uchwycić w tej bezkresnej ciemności wątły promyczek światła, a znów ktoś zakłada mi na oczy opaskę tak, że widzę tylko czerń i czerń…
Uciec stąd. Tylko jak?

Poziomki :)
***
Jak to dobrze, że optymizm zawsze w końcu wygrywa…
A w ramach odcinania się od tego, co było – nowy, multikolorowy szablon. Radzę obejrzeć wszystko, bo każda podstrona to inny kolor i inne zdjęcie. I jakby ktoś wiedział, co mi nie działa w księdze gości i dlaczego nie widać komentarzy, to byłabym wdzięczna za informacje.

„Gdybym…

6 komentarzy

mówił językami ludzi i aniołów,
(…)miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką , iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.”

Jestem niczym. Napisałam ja, optymistka. Znaczy się nie jest najlepiej.
W chwili obecnej nie jestem w stanie zdobyć się na nic weselszego. W ogóle na nic nie jestem w stanie się zdobyć. Pustka i nicość są dobijające. Wrócę, jak mi przejdzie. Oby kiedyś nadeszła ta chwila.


  • RSS